2#
niedziela, 17.maja.2009, 20:39
Devis wyszła z karczmy zostawiając Witerisa samego. Spojrzała w jesienne, nieco pochmurne niebo. Miała wielką nadzieje, że afera, którą narobiła w związku z rozbiciem Wielkiej Kryształowej (tylko z nazwy) Kuli Opiekunek Lasu nie wpłynie na i tak nikła karierę Łowczyni. Żeby chociaż nie wpakowywała się ciągle w jakieś kłopoty.
Zaczepiła pasek pochwy miecza o płaszcz i zawiązała szalik, aby znowu się nie zaziębić, bo Sived wtedy wariowała. Zrobiła krok przed siebie i poczuła jak coś pęka pod butem. Usłyszała krzyk z dołu.
- Ty idiotyczny Wielkoludzie! Zdeptałaś go! Zdeptałaś!
Zawahała się. Nie była wysoka dla zwykłych istot. Ba, była raczej niska.
Spojrzała z zainteresowaniem w dół na rodzinę liliputów. Matka z płaczem tuliła dwójkę dzieci.
- Zabiłaś! Zdeptałaś! - darła się jak opętana. Jakiś elf przechodzący obok spojrzał na Devis z pogardą.
- I co się tak gapisz brzydalu? - warknęła do niego i zwróciła się do liliputówny:
- Maleństwa...
- Nie mów tak do mnie! Nie masz prawa się odzywać! Zabije cię! Oczy ci wydrapie! – zaczęła podskakiwać, jakby rzeczywiście chciała znaleźć się w ten sposób blisko jej oczu.
- Spokojnie!
- Zabiłaś mi męża! Zdeptałaś!
- A KTO, DO CHOLERY, CHODZI PO CHODNIKACH DLA DUŻYCH!? NIE MASZ PRAWA TU PRZEBYWAĆ! - kobieta krzyknęła na całą ulicę. Kilka osób zatrzymało się i zaczęło z zainteresowaniem ulicznych gapiów przyglądać się scenie.
Liliputówna popatrzyła na nią z oburzeniem i ruszyła przed siebie między nogami kobiety.
- A nie chcesz go pochować przypadkiem lub coś? - zapytała kobieta niewinnie. W odpowiedzi usłyszała wrzask. Wzruszyła ramionami tylko. Jakiś człowiek podszedł do niej.
- Potwór - wycedził przez zaciśnięte zęby i zamachnął się, aby uderzyć ją w twarz. Złapała jego rękę swoją prawą i ścisnęła mocno, aby poczuł metal.
- Zastanów się kto dzisiaj nim nie jest.
Mężczyzna spojrzał jej w oczy ze zgorszeniem, wyrwał się i szybkim krokiem oddalił.
Miała serdecznie dość tego miasta. Była za duże, za brudne i w ogóle takie jak większość miast. Wojna klas i ras. I Dorco, które cichaczem przejmowało władzę.
Oj, jak ona nienawidziła Hertopolis i z każdą chwilą te uczucie powiększało się. Westchnęła i ruszyła w kierunku centrum.
Niski, barczysty mężczyzna siedząc za biurkiem przypatrywał się z uwagą stojącej naprzeciwko kobiecie. Ta, niewzruszona, przyglądała się muszce, która co chwile uderzała w szybę okna chcąc się wydostać na świeże powietrze.
Pokój w którym była był owalny, z boazerią na ścianie, kilkoma dużymi szafami i jednym biurkiem. Pachniało cygarami, którymi właściciel pokoju zadowalał się w każdej wolnej chwili. Jak większość mężczyzn w jego typie.
- Powódź w lesie. Byłaś tam miesiąc temu, a nadal pada. Poziom w jeziorze ZNACZNIE się podniósł. Przed chwilą dostałem zaś telegram z informacją, że KTOŚ depcze nam po liliputach. Przyznaj się, ile w tym tygodniu załatwiłaś?
- Nie mają prawa chodzić po zwykłych chodnikach...
- Nie usłyszałem tego twojego mruczenia pod nosem. Sześć liliputów. No i zapominając o tych innych przy...
- Wypadkach! To były wypadki!
- Averson, ty skretyniała idiotko. Wytłumacz mi, dlaczego Connlasair, chociaż bardziej aspołeczna, nie rozwala przez przypadek wioski? Nie zabija liliputów NIECHCĄCY!?
- Nie ma czegoś takiego jak Siv? - kobieta uśmiechnęła się niepewnie. Mężczyzna spojrzał jej oczy. Czuła jak przeszywa ją na wylot chłód zielonych oczu.
- Nie?
- No to nie mam pomysłu, prze pana.
- Nie mów do mnie „PRZE PANA”!
- Ta jest! - zasalutowała. - Mogę już sobie pójść?
- Czekaj. Mam coś dla ciebie. Wioska i tak już jest chyba zniszczona, więc to czy tam cię poślę czy nie, nie zrobi większej różnicy mieszkańcom. Coś tam się dzieje i ty masz sprawdzić, co to. Jeśli to będzie konieczne... - przerwał i jeszcze raz jej się uważnie przyjrzał. - JEŚLI BĘDZIE KONIECZNE, powtarzam, to masz to unicestwić. Zrozumiałaś? Inaczej masz się trzymać z daleka. Albo nie, bo i tak coś rozwalisz. Może...
- Dobra, zrozumiałam aluzję. Gdzie to jest?
Nastrój:
1#
niedziela, 26.kwietnia.2009, 20:07
Jako odskocznia od codzienności, tworzone kilka lat i jeszcze nie skończone. Czasem zapominane, ale ciągle wracam do tego. A nuż się spodoba :)?
***
Rozdział pierwszy
Gwiazdy odbijały się delikatnym blaskiem od tafli małego jeziorka, którego średnica nie przekraczała trzystu metrów. Na nim pływały złotoczerwone, jesienne liście, ostatnie, które . Na brzegu stała kobieta w bordowym płaszczu i z dużym mieczem przewieszonym przez plecy. Szyję miała owiniętą czarnym szalikiem. Ciemno złote włosy spięła w luźny warkocz i z zainteresowaniem w złotych oczach patrzyła na chatę na drugim brzegu.
W wietrze, który z minuty na minutę był coraz silniejszy, można było usłyszeć cichy szept.
- To'a ge Ali're
- Zapomnijcie. Miecz jest mój - warknęła kobieta poprawiając od niechcenia czarne, skórzane rękawiczki.
- Ali're!
Ruszyła w kierunku chaty. Słyszała jak spod jej butów uciekają małe leśne stworzenia, które tak jak reszta lasu, domagały się miecza.
"Nic z tego, on jest mój".
Nad chatą zaczęła się pojawiać duża, biała, świecąca się kula. Kobieta przeklęła pod nosem, ale nie zatrzymała się tylko przyspieszyła.
Kula znosiła się coraz wyżej, a ona zaczęła biec. Nagle z ziemi wyrosła postać, a kobieta wpadła na nią i zachwiała się. Postać przypominała małą dziewczynkę o zielonym kolorze skóry posiadającej tylko lekki zarys twarzy, a zamiast włosów - długie liście paproci.
- ALI'RE! Et heo! Io!- wychrypiała.
- Ono jest nie dla was! Rozumiesz!? NIE ODDAM ANI JEJ ANI MIECZA! - ostatnie zdanie wykrzyczała ze złością. Postać uniosła się w powietrze, paprocie sypnęły na kobietę żółtozielonkawym proszkiem.
Natychmiast odskoczyła do tyłu. Z pleców wyrosły jej skrzydła. Lewe – jak u nietoperza. Błoniaste i złote, prawe – metalowe pokryte krwią. Machnęła nimi mocno rozwiewając proszek. Zdjęła miecz łapiąc go mocno w rękach. Postać zasyczała wściekle. Machnęła w kierunku kobiety ręką, palce wydłużyły się i zaorały w prawie ramię. Spod skrawków materiału zabłysł metal. Kobieta odcięła jej mieczem zdrewniałe dłonie.
Biała kula wznosiła się coraz wyżej.
Kobieta skoczyła w kierunku wrzeszczące i wijącą się postaci. W jej ręku pojawiła się kula ognia, która pofrunęła w stroję przeciwnika i spaliła go. Odbiła się mocno od ziemi i poleciała w kierunku kuli.
Z lasu zaczęły wychodzić kobiety przywdziane w powłóczyste, zielonkawe szaty. Ich włosy przypominały liście paproci, a skóra ich była błękitna - opiekunki Lasów.
- Nie rób tego! Oddaj nam JĄ! – ich głos brzmiał jak anielski chór.
Kobieta zamachnęła się mieczem i trafiła w kulę rozcinając ją na pół.
Devis oparła brodę o ladę w drugorzędnej karczmie. Obok niej siedział mężczyzna pijący piwo z dużego kufla. Z drugiej strony oparła miecz.
- I... wszystko zrobiło się białe. Ogłuchłam, oślepłam i spadłam. Chyba wpadłam wtedy przez dach do tej głupiej chaty. Miałam załatwić jedną rzecz, ale skąd mogłam wiedzieć, że te cholery będą chciały mi zabrać Sived i Ali're?!
- A jesteś pewna, że chciały?
- No... Chyba. Przynajmniej z tego, co pamiętam, ale nie znam dobrze Starego Języka. Nigdy nie przykładałam do tego szczególnej uwagi. Ale wracając do tej kuli. Może chodziło im o to abym nie przebijała ją TYM mieczem?
- Wiesz, demony źle działają na takie... rzeczy.
Mężczyzna odłożył kufel na blat i przypatrzył się kobiecie.
- Dev. Co ty zrobiłaś?
- Nie wiem. Serio. Wiesz, że jakoś...
- Często wszystko pieprzysz?
- Milcz i słuchaj dalej Witeris...
Kiedy wreszcie znów widziała leżała na podłodze chaty. Wszędzie panował bałagan jakby mieszkaniec nie sprzątał, przez co najmniej kilka miesięcy. Kichnęła siarczyście, wstała powoli i machnęła skrzydłami chowając je.
- Moja głowa... Cholera...
Ruszyła chwiejnie w kierunku drzwi, gdy te niespodziewanie otworzyły się. Poczuła zimny deszcz na twarzy. Uśmiechnęła się.
Do chaty weszły Opiekunki Lasów. Nie były już tak piękne i zwiewne jak wcześniej. Ich ręce przypominały szpony, skóra pokryła się grubą korą, z ust wystawały ostre jak brzytwa kły. I były większe, znacznie większe.
- Panienki, może omówimy to przy herbatce? - zapytała niepewnie.
Była pewna, że odpowiedzą: tak! Z przyjemnością! Zawsze miała taką nadzieję.
Kiedy te rzuciły się na nią z wrzaskiem, postanowiła, że nie będzie już mieć takich głupich nadziej.
Spróbowała spalić je, ale deszcz prawie natychmiast wszystko gasił. Poczuła jak pazury opiekunek wbiły się w jej lewe ramię. Przeklęła i machnęła mieczem na oślep. Niektóre odskoczyły, inne upadły na podłogę przepołowione. Na twarzy kobiety zagościł triumfalny uśmiech. Na krótko.
Opiekunki Lasu natychmiast się regenerowały i wstawały, aby znowu zaatakować.
Ściany zaczęły walić się. Ktoś robił w nich dziury. Kobieta kątem oka dostrzegła wielkie muchomory uzbrojone w długie dzidy.
- Sived? Wiesz, co? Przydałaby mi się twoja pomoc
[Myślałam, że już nigdy nie poprosisz....]
-To nie jest prośba...
Miecz owinął się czarnym dymem, który nie wiadomo skąd się pojawił. Opiekunki rzuciły się na niego próbując wyrwać go lub odciąć pazurami prawą rękę, w której był trzymany. Na daremnie. Kobieta upadła na ziemię tracąc przytomność. Dym otoczył ją.
- Sam dobrze wiesz jak jest z Siv. Zresztą, to twoja sprawka, ty się znasz na tym najlepiej.
- Podobna do ciebie... Już cię przeprosiłem za to
Devis popatrzyła na niego ze złością.
- I myślisz, że to wystarczy? Już nigdy nie będę mogła zamienić się w smoka! I to przez ciebie nie mam prawej ręki i skrzydła! Dobra, już ci nie wypominam. No, ale trudno, mam dziwne drugie JA czy jak to nazwać... Czasem jest nawet pomocna...
-Swoją drogą, jak tam się sprawuje proteza? Theritz się postarał?
- Ano - podniosła rękę na wysokość oczu. - Jest rewelacyjna, jak każde jego dzieło.
- Głupi sierściuch.
- Wit, bez takich, jasne? Bądź, co bądź zawdzięczam mu życie. No i sprawną rękę.
Mężczyzna zamyślił się.
- I tak go nie lubię.
- On ciebie też nie, z tego, co pamiętam. Chcesz wiedzieć, co było dalej? - Kiwnął głową. – tak myślałam...
Zapanowała cisza, a dym rozwiał się. Miejsce kobiety zajęła demon. Owszem, była podobna do niej, ale miała kilka znaczących różnic. Skóra pokryła się czarną łuską, kończyny były zakończone ostrymi pazurami, na głowie wyrosły złote, kręcone rogi. Proteza znikła, a skrzydła, nadal smocze, były czarne, błona między nimi zaś - złota. No i była znacznie większa. Ubranie gdzieniegdzie popękało, z płaszcza nic nie zostało. Pojawił się też ogon, długi, zakończony ostrym, złotym grotem. Na nim i przez kręgosłup biegł rząd złotych kolców.
Oparła klingę miecza o ramię i uśmiechnęła się zawadiacko pokazując długie kły. Oczy całe pokryły się czernią.
- No to jak, nie chcecie herbatki?
Istoty zawahały się. TO COŚ, które otoczyły nie było dobre. Kobieta, której chciały zabrać wcześniej miecz była o wiele słabsza.
- No panienki. Ruchy, nie będziemy chyba czekać, aż deszcz przestanie lać, bo dobrze wiemy, że TERAZ nie ma szans, aby to się stało. Co nie zaszkodzi... - machnęła ręką, ściany chaty zajęły się ogniem - aby trochę podgrzać atmosferę.
Z przerażeniem wybiegły z chaty. Niektóre nie zdążyły i błyskawicznie zamieniły się w popiół.
- Jak uroczo - mruknęła do siebie z zadowoleniem demon. - Kto następny?
Nie czekając na nic zamieniła się w chmurę czarnego dymu. Zaczęła się rzeź.
- Sived jest silna, dobrze to pamiętam – mruknął bardziej do siebie niż do towarzyszki.
- Wiesz, ta kula, którą się przecięło niechcący - Witeris chrząknął znacząco, jednak ta nie zwróciła na to uwagi - spowodowała, że zaczęło tam padać. Okazało się, że była jakaś powódź, a ona zatrzymała ten deszcz. Jakaś klątwa była po drodze... Nie wiem, jak wróciłam to próbowałam coś znaleźć w księgach u siebie, aby to jakoś naprawić, ale się nie dało. W każdym bądź razie te wszystkie Dzieci Lasu wściekły się i miały zamiar zgładzić Sived i zabrać na własność Ali're.
Wstała i otrzepała płaszcz, tym razem grafitowy.
- Ale... Jak potem to wyglądało?
-Nieciekawie...
Kobieta otworzyła oczy. Dalej padał deszcz. Zimny i nieprzyjemny. W ręku trzymała miecz ubrudzony jakąś mazią. Wolała nie widzieć czyja i z czego ona była.
Wstała powoli i ze zrezygnowaniem poczuła jak ubranie powoli z niej zjeżdża. Wszystko ją bolało, było jej zimno, była brudna, a na dodatek miała na sobie jedynie skrawki materiału.
- Sived, cholera, nie dało się tego jakoś inaczej załatwić? - jęknęła.
[Nie narzekaj, mi się podobało.]
- Cholera...
Rozglądnęła się po okolicy. Wszędzie pełno krwi pomieszanej z innymi nieznanymi jej substancjami. Zresztą, może po prostu wolała nie widzieć, co to było? Chata przestała się palić, a poziom wody w jeziorze powoli się podnosił.
Dobra, spadamy stąd - mruknęła i rozłożyła skrzydła. Chciała wynieść się stamtąd jak najszybciej.
Byłabym bardzo wdzięczna za wyłapanie literówek, jak zauważysz jakąś, napisz w komentarzu :)
Nastrój:
tagi: